Witrynę przegląda teraz 1 gość

Nocleg w Pensjonacie *** Akacja

Historia Kudowy-Zdroju

Menu:

UKRYTE SKARBY


Wielisławka – część 1


Zwykła, mała dziura, jakich w Polsce wiele. Z jednej strony zdewastowane gospodarstwo – dawny PGR, z drugiej nowa – agroturystyka, z trzeciej zalany niedawno przez ulewne deszcze stary młyn. Większość ludzi przyjeżdża tu tylko po to, by zobaczyć słynne Organy Wielisławskie – skały, które przypominają ten instrument. Mało kto jednak wie, że gdzieś za nimi, w masywie góry, mogą być ukryte niewyobrażalne skarby – tzw. złoto Wrocławia. Aby je odkryć, trzeba się wybrać do wsi Sędziszowa na Dolnym Śląsku.
- To był szał. Jakby ktoś nagle dostał amoku. Zaczęło się krótko po tym, jak Czesław Kiszczak został szefem Wojskowej Służby Wewnętrznej. Od tego czasu zaczęliśmy szukać skarbów, tak na poważnie. Wówczas trafiliśmy na Dolny Śląsk – opowiadał mi jeden z byłych oficerów tej służby, kiedy przygotowywałem reportaż do książki Lubiąż. Mroczne tajemnice opactwa, która już w sierpniu pojawi się w księgarniach. Oczywiście, ciągnąłem go za język przede wszystkim w sprawie lubiąskiego klasztoru, gdzie WSW w latach 80. XX znalazła skarb, ale przy okazji usłyszałem kilka historii dotyczących okolic. Historii, które się ze sobą łączą, przenikają i uzupełniają. A wszystkie zaczynają się tuż po wojnie...
Co zostawili Niemcy, czyli o skrytkach Grundmanna.
Najpierw odradzające się w nowej Polsce służby muzealne chciały ratować przed Rosjanami i szabrownikami wszystko co wartościowe. Później złotem, biżuterią i dziełami sztuki zajęły się służby specjalne, w tym wywiad i kontrwywiad, czyli szeroko pojęty aparat bezpieczeństwa. Głównym rejonem poszukiwań był Dolny Śląsk. To tu bowiem trafiały z całej III Rzeszy – oraz z terenów przez nią zajętych – rozmaite dobra. Praktycznie od 1943 roku, kiedy już część niemieckich generałów zdawała sobie sprawę, że potęga Hitlera chyli się ku upadkowi, rozpoczęło się przenoszenie czego się da na tereny bezpieczniejsze. Za taki właśnie obszar uchodził Dolny Śląsk, leżący w centrum kraju, raczej z dala od nalotów alianckich myśliwców. Powstało tu przede wszystkim mnóstwo drobnych i większych fabryk zbrojeniowych (niektóre pod ziemią) oraz składnice z dziełami sztuki. W ukrywaniu dóbr kultury na tym terenie ogromną rolę odegrał kustosz prowincji wrocławsko-opolskiej, Günther Grundmann.
Studiował historię sztuki w Monachium, a następnie we Wrocławiu. W czasie I wojny światowej służył w wojsku, a później został nauczycielem historii w szkole, w Cieplicach Zdroju. Od 1932 roku pełnił natomiast obowiązki konserwatora zabytków na Dolnym Śląsku. Grundmann pod koniec wojny otrzymał od swoich zwierzchników z Berlina kluczowe zadanie. Miał zabezpieczyć dzieła sztuki z klasztorów, kościołów, muzeów oraz, prawdopodobnie, z kolekcji prywatnych. Wywoził je w głąb Dolnego Śląska, przede wszystkim do rozlicznych pałaców i zamków, gdzie były składowane. Bardzo rzadko trafiały do sztolni, czy piwnic. Miały być bowiem zabezpieczone przed zniszczeniem także ze względu na niewłaściwe przechowywanie. Utworzył w tym celu 80 skrytek, których zaszyfrowaną listę udało się odnaleźć tuż po wojnie. Odczytał ją Józef Gębczak, szef Muzeum Śląskiego we Wrocławiu.
Grundmann jednak w ostatnich dniach wojny niektóre skrytki ewakuował sam. Zbliżał się front i Rosjanie, więc wybierał najcenniejsze dzieła i wywoził je w głąb Rzeszy. Tak było chociażby z arcydziełem malarskim Madonną burmistrza Meyera pędzla Hansa Hollbeina z zamku w Karpnikach. Wszystkie miejsca z listy Grundmana odwiedziła po wojnie polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki, którą kierował Witold Kieszkowski. Ale zawartość skrytek nie była już kompletna.

O miejscach, w których Grundmann ukrywał skarby Józef Gębczak opowiedział m.in. funkcjonariuszowi wrocławskiej SB, Stanisławowi Siorkowi. Ten połączył te opowieści z innymi, dotyczącymi skarbów zdeponowanych na Dolnym Śląsku, a przede wszystkim z historią relacjonowaną przez Herberta Klose, Niemca, który podczas przesłuchania przez policję zeznał, że był świadkiem ukrywania złota banków wrocławskich.
Transport złota.
Złoto miało zostać ukryte w ostatnich dniach obrony Festung Breslau (twierdza Wrocław) w podziemiach prefektury policji, w skrzyniach. Na pierwsze informacje o tym depozycie służby specjalne trafiły w 1953 roku. Ich funkcjonariusze rozpracowywali Niemców, którzy pozostali m.in. na Dolnym Śląsku, mimo przyłączenia Ziem Zachodnich do Polski. Pomagali im, rzecz jasna, rozliczni współpracownicy, którzy donosili na swoich sąsiadów. Tak milicja i SB trafiły na Herberta Klose, przedstawiającego się jako weterynarz. Podczas rozlicznych przesłuchań Niemiec opowiedział, że pracował w strukturach policyjnych we Wrocławiu, a pod koniec wojny został wezwany do miejscowej prefektury, gdzie miał pilnować ukrytych w piwnicach skrzyń. O ich zawartości dowiedział się później, kiedy ze swoim przełożonym, standartenführerem SS Ollenhauerem, jeździł po Dolnym Śląsku w poszukiwaniu najlepszych miejsc na ukrycie tych skarbów. Oglądali masyw Śnieżki, zamek Grodziec oraz stare sztolnie w masywie Wielisławki, w gminie Świerzawa.
Złoto zdeponowane w budynku policji miało pochodzić z banków Wrocławia ale także z Częstochowy. Według Klosego, sztaby oraz inne kosztowności, zostały podzielone na kilka kontyngentów, ponoć wywiezionych następnie z miasta gdzieś w kierunku Jeleniej Góry i schowanych w tajemnej skrytce. Strzec jej miał Werwolf, tajna organizacja niemiecka, dywersyjna, chroniąca niemieckie mienie pozostawione na utraconych ziemiach. Depozyty złota miały zapewnić możliwość szybkiej odbudowy III Rzeszy i umożliwić powrót do stabilizacji niemieckiej marki po przegranej wojnie. Skarbu tego nigdy jednak nie udało się odnaleźć.

Stanisław Siorek dysponował też informacjami, że w byłym opactwie cysterskim w Lubiążu, gdzie miała działać niemiecka fabryka zbrojeniowa, też ukryte zostały drogocenne dobra. Z jednej strony miały to być depozyty ludności cywilnej z całego powiatu wołowskiego (w nim leży Lubiąż), z drugiej część złota Wrocławia, a co najważniejsze mnóstwo przemysłowej platyny. Siorek już bowiem wiedział, że w klasztorze działy zakłady, będące filią niemieckiej firmy Telefunken, która na zlecenie Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy miała prowadzić badania nad radiolokacją i budować radary. Major podejrzewał, że wymagało to wykorzystania ogromnych ilości właśnie tego metalu. Relacje świadków, zeznających przed Komisją Ścigania Zbrodni Hitlerowskich oraz zeznania osób, przesłuchiwanych przez aparat bezpieczeństwa, bo były podejrzewane o wrogie działania na rzecz Niemiec, potwierdzały tę tezę.
Te wszystkie historie sprawiły, że funkcjonariusz SB zaczął interesować się skarbami na serio. To była pasja, którą próbował zaszczepić swoim zwierzchnikom, pisząc notatki służbowe i memoranda z informacjami o dolnośląskich skarbach. Udało mu się dopiero, kiedy zwierzchnictwo nad służbami specjalnymi przejął generał Czesław Kiszczak, też zakochany w wojennych tajemnicach, miłośnik poszukiwania skarbów.
Oficerowie MON i MSW wkraczają do akcji.
Poszukiwanie skarbów na Dolnym Śląsku zaczęło się na dobre w 1980 r. kiedy to generał Jerzy Wojciech Barański, szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego Wojska Polskiego, wydał specjalne polecenie oficerom podległym Ministerstwu Obrony Narodowej, w którym kazał przeprowadzić rekonesans potencjalnych miejsc ukrycia rezerw wrocławskiego banku III Rzeszy. Zajęła się tym grupa pułkownika Czesława Sochali, który w sprawozdaniu napisał później, że w wyniku rozmów i badania dokumentów, które przeprowadzono między 15 a 18 października, (...) proponuje się rozważyć możliwość powołania (lub reaktywowania) zespołu, który zająłby się powyższym zagadnieniem w skali krajowej.
Herbert Klose
W styczniu 1981 roku ruszył kolejny etap poszukiwań. Specjalną grupę skierowaną do tego celu zatwierdził nawet 11 czerwca 1981 roku sam generał Wojciech Jaruzelski, któremu dokumenty związane ze sprawą złota Wrocławia dostarczyć polecił Czesław Kiszczak, ówczesny szef WSW, którego wkrótce zastąpił generał Poradka. Jak wynika z nieoficjalnych informacji uzyskanych przeze mnie od osób, które wówczas współpracowały z tym kręgiem, szefów państwa i wojska nie przekonywało do poszukiwań samo złoto banków Breslau lecz przede wszystkim wizja odnalezienia ogromnych składów przemysłowej platyny.
Pułkownik Sochala powołał zespół złożony m.in. z ppłk. Bogdana Chrobota i majora Jerzego Liwskiego z Wojskowej Służby Wewnętrznej. Jego ludzie szukali dokumentów, wertowali archiwa, w tym kościelne, podając się np. za doktorantów przeprowadzających kwerendę, w celu zbierania informacji do prac naukowych. Wszyscy liczyli, że już niedługo dotrą do sztabek, że odkryją wielki skarb.
22 lutego 1982 roku przygotowana została w końcu kluczowa notatka służbowa, która rozpoczęła zmasowaną akcję poszukiwania skarbów na Dolnym Śląsku: (...) zgodnie z rozkazem przeprowadzono prace operacyjno-informacyjne i badawcze w rejonie Sudetów. Na podstawie posiadanych wstępnych informacji sporządzono harmonogram prac, w wyniku którego do dnia 15.02.1982 wykonano:
1. Rekonesans rejonu Sudetów
2. Badania geofizyczne w rejonie dwóch obiektów – przez Przedsiębiorstwo Badań Geofizycznych z Warszawy,
3. Analizę dokumentacji dotyczącej badanego rejonu w Archiwum Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie oraz częściowe zapoznanie się z dokumentacją będącą w posiadaniu mjr. SIORKA – zastępcy Naczelnika Wydziału II KWMO we Wrocławiu.
W wyniku tego ustalono, że do najbardziej interesujących obiektów należy zaliczyć:

  • obiekt nr 1 p.k. Zamek w rejonie Sosnówka

  • obiekt nr 2 p.k. Ślęza w rejonie masywu g. Ślęzy (chodziło o Ślężę)

  • obiekt nr 3 p.k. Wielisławka w rejonie g. Wodzisław Złotoryjski wieś Sędziszówka (wyróżnienie autora)

  • obiekt nr 4 p.k. Lasek w rejonie Lubiąża k/Wołowa

  • obiekt nr 5 p.k. Domek myśliwski w rejonie Małego Stawu na Śnieżce

  • obiekt nr 6 p.k. Julia

  • obiekt nr 7 p.k. Miedzianka

  • obiekt nr 8 p.k. Karpniki

  • obiekt nr 9 p.k. Tunel w rejonie Staniszowa

  • obiekt nr 10 p.k. Miłków

  • obiekt nr 11 p.k. Chojnik



Dlaczego Wielisławka?
Służby specjalne szukały złota Wrocławia przez prawie dwadzieścia lat. Ostatnie wielkie eksploracje to połowa lat 90., kiedy premierem był Józef Oleksy, a wicepremierem Grzegorz Kołodko. Przebadana została wówczas większość obiektów z powyższej listy – najlepiej zespół obiektów pocysterskich w Lubiążu, gdzie odkryto mały skarb złożony z siedemnastowiecznych monet. Sprawa wyszła na jaw, kiedy światło dzienne ujrzała zawartość tzw. szafy pułkownika UOP, Jana Lesiaka, w której znalazły się także dokumenty dot. inwigilacji polityków opozycji prowadzonej przez Urząd w celu skłócenia ich ze sobą. Ani wtedy, ani wcześniej, służby specjalne wielkich depozytów bankowych nie znalazły, choć sprawdzały wiele obiektów, w tym przede wszystkim te wskazane przez WSW w 1982 roku.

Przez lata powstały na ten temat setki artykułów prasowych, wiele z nich zawierało informacje niewiele mające wspólnego z rzeczywistością. Były wynikiem wybujałej fantazji ich twórców. Ale jedno było w nich niezwykłe.... Większość autorów uważa dziś, że jeśli w ogóle historia złota Wrocławia jest prawdziwa, to zaginiony konwój wyjechał z nim gdzieś w kierunku Czech, albo został ukryty w okolicach Śnieżki.
Tymczasem Herbert Klose, jak dotąd jedyna osoba, która o tym skarbie opowiadała ze szczegółami, osiedlił się po wojnie w okolicach góry Wielisławka, we wsi Sędziszowa (gmina Świerzawa). Prowadził tu gospodarstwo rolne i, jak wspominają świadkowie, przyjmował także gości z zagranicy, z którymi udawał się m.in. do lasu. No cóż, spacerować wolno oczywiście każdemu, gdzie się tylko podoba, ale w kontekście opowieści Klosego te wyprawy rodzą podejrzenia, zwłaszcza że w pobliskim lesie tuż po wojnie udało się znaleźć kilka poniemieckich skrytek. Była w nich broń, ubrania, przedmioty codziennego użytku, a także ruble. Wszystko to miało służyć dywersyjnej organizacji Werwolf, która miała również strzec pozostawionego przez Niemców na utraconych ziemiach mienia.
Wielisławka sprzyjała ukrywaniu – znajdują się tu stare sztolnie, jaskinie, co rusz odkrywane są nowe podziemia. Wziął ją też pod uwagę mityczny Ollenhauer, który miał za zadanie ukrycie zasobów banków Wrocławia. Czy właśnie tu schował złoto? Sprawdźcie sami! Ruszcie przez tajemniczy las na wyprawę na sam szczyt Wielisławki (369 m n.p.m.). Nawet jeśli niczego nie znajdziecie, trud podróży zrekompensuje niesamowity widok ze szczytu na panoramę Krainy Wygasłych Wulkanów, mijane jaskinie oraz niezwykły pomnik przyrody – permskie skały (około 48 mln lat) przypominające organy, nazwane przez naukowców Organami Wielisławskimi. To naprawdę warto zobaczyć.

Czy weterynarz strzegł skarbu pod Wielisławką? Gdzie się podziało 7 ton złota?


Kapitan policji Herbert Klose nie wyjechał po wojnie jak inni Niemcy. Z fałszywymi papierami ukrywał się we wsi za Złotoryją. Czy jako agent Wehrwolfu strzegł jednej z największych tajemnic Dolnego Śląska?
Pierwszy śnieg lepił się do kół wojskowych ciężarówek, które wyjechały z Festung Breslau i autostradą zmierzały w kierunku Złotoryi. Pod plandekami leżały drewniane i metalowe skrzynie ze złotem. Na tylnym siedzeniu osobowego auta otwierającego kolumnę dopalał papierosa późniejszy weterynarz z Sędziszowej Herbert Klose. Wtedy jeszcze nosił mundur oficera wrocławskiej policji, zamiast beretu i wyświeconej marynarki, w której sfilmowała go telewizja, kręcąc trzydzieści lat po wojnie dokument: Kim jesteś, kapitanie?. Był koniec 1944 roku albo może już początek 1945 roku – relacje są rozbieżne. Na pewno od kilku tygodni Wrocław szykował się do oblężenia. Ulicami pędzono bydło do rzeźni, a na murach rozwieszano apele do ludności, by składała w bankowych depozytach wszystkie rodzinne kosztowności. Pieniądze, biżuteria, złoto, papiery wartościowe miały zostać ukryte i po wojnie zwrócone właścicielom.
Część wrocławian zakopała swe skarby w ogródkach, ale wielu ufnie oddało je w opiekę państwu, otrzymując w zamian stosowne poświadczenie, na podstawie którego w spokojniejszych czasach planowali wszystko odzyskać.
Na krótko przed sowieckim natarciem kosztowności złożone przez wrocławian oraz papiery wartościowe i złoto z banków zapakowano w 23 skrzynie i złożono pod strażą w gmachu prezydium policji. W ścisłej tajemnicy Niemcy spenetrowali niezajętą przez Rosjan część Śląska i sporządzili listę miejsc, w których skarb mógłby bezpiecznie czekać na ostateczny tryumf III Rzeszy. Misję wyszukiwania skrytek i ukrycia wrocławskiego depozytu powierzono czterem zaufanym oficerom, w tym standartenführerowi SS Egonowi Ollenhauerowi oraz hauptmannowi Herbertowi Klosemu.
Niemcy planowali wywieźć skrzynie samolotem, ale tuż po starcie maszyna została ostrzelana i pilot musiał zawrócić na lotnisko. Część ładunku została na pokładzie, resztę przewieziono z powrotem do piwnic prezydium policji we Wrocławiu, skąd wczesnym rankiem załadowano je znów na ciężarówki i konwój ze złotem wyruszył w kierunku Jeleniej Góry. Z autostrady samochody zjechały w rejonie Złotoryi, przejechały przez miasto, ale 10 kilometrów dalej, gdzieś w rejonie Nowego Kościoła, ślad po transporcie się urwał.
Po wojnie Herbert Klose nie wyjechał na Zachód jak inni Niemcy. Ściągnął mundur, ożenił się ze znajomą z Sędziszowej i zamieszkał w dużym gospodarstwie rolnym u podnóży góry Wielisławka, trzy kilometry od Nowego Kościoła. Wśród miejscowych uchodził za weterynarza. Gdy w 1953 roku aresztowała go bezpieka, miał przy sobie fotokopię dokumentu uprawniającego go do wykonywania zawodu weterynarza. Według śledczych, którzy go przesłuchiwali, papier został sfałszowany – był to fotomontaż, mający ułatwić kapitanowi wtopienie się w tłum zwyczajnych autochtonów.
W wydanej 19 lat temu książce Tańcząc na wulkanie Stanisław Stolarczyk i Anna Sukmanowska cytują materiały, które udostępnił im Urząd Ochrony Państwa. Jest tam uwaga o niewyjaśnionej do końca przeszłości Herberta Klosego. Wiadomo o nim tyle, że w czasie wojny służył w SS Schutzpolizei na terenie Francji i Belgii, a do Wrocławia trafił w 1942 roku z Katowic. Kontrwywiad zdobył materiały, z których wynikało, że po kapitulacji Abwehra mianowała go szefem grupy dywersyjno-sabotażowej na teren powiatu złotoryjskiego. Ta grupa to część legendarnego Wehrwolfu, a do jej zadań należała m.in. ochrona ukrytego gdzieś na Dolnym Śląsku depozytu.
To Klose, zaskoczony i przestraszony zatrzymaniem, opowiedział śledczym o wrocławskim złocie. Wymienił też siedem skrytek, które wytypowano do jego ukrycia. Na liście, rozpalającej wyobraźnię poszukiwaczy skarbów, są Śnieżka, Cieplice, Ostrzyca, Ślęża, zamek Grodziec, podziemia Twierdzy Kłodzkiej i góra Wielisławka – ta sama, pod którą hauptmann po wojnie grał rolę wiejskiego weterynarza.Według jego relacji, dowodzony przez Egona Ollenhauera konwój zdołał dotrzeć aż do Karpacza. Tam skrzynie przeładowano na sanie i wyruszono w góry, drogą na Śnieżkę. Oficerowie jechali konno w kierunku schroniska Samotnia nad Małym Stawem. Klose twierdzi, że nim dojechali na miejsce, spadł z konia i na dłuższy czas stracił przytomność. Pamięta tylko kamień przy wodospadzie, na którym siedział z Ollenhauerem i jeszcze jednym oficerem, kapitanem Seifertem.
Historię hauptmanna potraktowano nieufnie, podejrzewając, że stary lis – swego czasu jeden z najbardziej zaufanych ludzi we wrocławskiej policji – próbuje zwodzić i mylić tropy. Skarbu pod Śnieżką nie odnaleziono. Jeszcze przed śmiercią, Herberta Klosego odszukali w Sędziszowej dziennikarze wrocławskiego ośrodka TVP Dionizy Sidorski i Adam Wielowieyski. Powstał z tego dokument Kim jesteś, kapitanie?, w którym stary, siedemdziesięcioletni człowiek raz jeszcze podejmuje próbę wywiedzenia wszystkich w pole.
Po polsku mówi dobrze, choć czasami niewyraźnie. Z rzadka patrzy prosto w kamerę, jakby bał się, że mądre, wciąż przenikliwe mimo wieku oczy mogą go zdradzić. Przed dziennikarzami gra prostego weterynarza, który przypadkiem otarł się o misję Ollenhauera. Zaprzecza, że służył w policji – twierdzi, jakoby był kapitanem Wehrmachtu i doglądał wojskowych koni. Gdy konie poszły do rzeźni, zwerbowano go do specjalnej akcji: dwie noce strzegł tajemniczych skrzyń złożonych w siedzibie prezydium policji.
- Z początku my nie wiedzieli, co tam jest – zapewnia. Egona Ollenhauera, który dowodził akcją, nazywa Wilkiem (Wolf). Twierdzi, że nie znał go bliżej i nic o nim nie wie. Nie wie nawet, w jakiej formacji służył, bo standartenführer nosił na zmianę mundury oficera SS i Wehrmachtu.
- Każdy się jego bał. To straszny człowiek był – Klose podnosi wzrok przed kamerą. Ollenhauer zabronił im nawet zbliżać się do skrzyń. Ale kapitana ciekawiło, czego pilnuje. Którejś nocy spróbował dźwignąć jedną z nich. Nie dał rady, tak była ciężka. Zarówno przy załadunku skrzyń, jak i ich rozładunku w Karpaczu wojskowym mieli pomagać cywile, jeńcy wojenni. Według Herberta Klosego wszyscy zostali rozstrzelani. Ollenhauer dbał, by nie zostawiać zbyt wielu świadków. Jeśli hauptmann przeżył, to znaczy, że standartenführer nie tylko mu ufał, ale też potrzebował takiego człowieka do kolejnej misji. Albo kapitan naprawdę spadł z konia i nic o kryjówce nie widział.
Mieszkańcy Sędziszowej, gdzie Herbert Klose zamieszkał po wojnie, napatrzyli się już na poszukiwaczy skarbów. Od czasu opublikowania książki Tańcząc na wulkanie legenda wrocławskiego złota ściąga pod Wielisławkę zastępy eksploratorów, którzy snują się po okolicy z wykrywaczami metalu, rozkopują zbocza góry i zapuszczają się w czeluści starych kopalń.
Przypuszczają, że jeśli staremu weterynarzowi rzeczywiście powierzono misję pilnowania złota, to nie mogło być ono ukryte daleko od jego domu. Za potwierdzenie mają przytoczone przez Stolarczyka i Sukmanowską relacje rdzennych mieszkańców wsi, że pod koniec wojny Niemcy zwozili tutaj różnorodny sprzęt i coś zakopywali. Wojsko otoczyło Wielisławkę i nie pozwalało cywilom zbliżyć się do góry, póki nie zabezpieczono skrytek.
Przez kilkanaście ostatnich lat wzgórze zostało spenetrowane tak dokładnie, jak rzadko które miejsce w Sudetach. Roi się na nim od dołów, dołków, stert wyrzuconej na wierzch ziemi. Niektóre jamy mają metr lub półtora głębokości, inne wchodzą w ziemię na kilka metrów. Jak ten dwunastometrowy dół, pamiątka po ludziach, którzy przyjechali samochodem na niemieckich blachach. Nocą zabrali się do kopania. Schodząc coraz niżej, zakładali szalunek z desek, by ziemia nie posypała im się na głowy.
Jedni ryją w Wielisławce ukradkiem, inni próbują szczęścia w biały dzień. Mieszkańcy Sędziszowej opowiadają, jak kilka lat temu przyjechała grupa studentów. Wynajęli we wsi ciągnik z koparką i wjechali nim na szczyt. Byli pewni, że zostaną milionerami. Nic nie znaleźli.
Gdzie jeszcze może być złoto z Wrocławia? Najpopularniejsza z hipotez prowadzi w rejon Śnieżki, w dolinę Białego Jaru. W dziewiętnastym wieku była tam kopalnia z dwiema sztolniami, które idealnie nadawały się na skrytkę i były wystarczająco szerokie, by wprowadzić do nich sanie.
Na liście przygotowanej przez Klosego i Ollenhauera były też Ostrzyca i zamek Grodziec – podówczas rezydencja hrabiego von Dirksena, byłego ambasadora III Rzeszy w Londynie, Tokio i Moskwie. Oba miejsca znajdują się w powiecie złotoryjskim, bardzo blisko Sędziszowej.
Mało prawdopodobne, aby konwój skierował się na Ślężę. Wprawdzie Klose brał tę górę pod uwagę przy typowaniu skrytek, ale w zeznaniach złożonych w Urzędzie Bezpieczeństwa zaznaczył, że wierzchołek był już obsadzony przez niemieckie wojsko. W takich warunkach ciężko byłoby cokolwiek ukryć na Ślęży. Ollenhauer i Klose myśleli też o Cieplicach. Mógł się do tego nadawać na przykład dawny pałac Schaffgotschów. Listę potencjalnych kryjówek zamyka Twierdza Kłodzka. Te miejsca rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy z wykrywaczami metalu. Gdyby któryś trafił na skrytkę, byłoby o tym głośno. A nie jest.
Gdzieś w Sudetach do dzisiaj leży więc siedem ton złota. A weterynarz z Sędziszowej tryumfuje zza grobu: tyle razy mylił tropy, że odnalezienie skarbu graniczy z cudem...
Ciąg dalszy w drugiej części- "Wielisławka – ukryte skarby III Rzeszy".
(źródło: T.Bonek,P.Kanikowski)




do góry
© 2015 - 2019 WaszNocleg.pl / Dane osobowe